Pamiętam moment, kiedy w Katowicach otwarto pierwsze smart shopy. Wystarczyło wejść z ulicy, wybrać sobie coś z półki, zapłacić i wyjść. Grzecznie, bez mroku, bez ryzyka. Znajomi z Osiedla Tysiąclecia zgodnie przyznawali, że nastała nowa epoka – w końcu każdy dorosły człowiek mógł spróbować czegoś bez chodzenia nocą po parkowych alejkach i paranoicznego oglądania się przez ramię. Po kilku miesiącach niektórzy z moich kolegów przestali zachwycać się czymkolwiek, za to bardzo dokładnie wiedzieli, jak wygląda izba przyjęć od środka.
Wspomnienia wróciły do mnie w dość nieoczekiwanych okolicznościach. Kiedy o drugiej w nocy siedziałem przed komputerem, już trzeci raz przelewając pieniądze za… tokeny wymagane do dalszej pracy LLM-u. A wszystko po to, żeby dopieścić nową wersję mojego autorskiego narzędzia, którego miałem nigdy do niczego nie użyć.
Jak wpadłem w króliczą norę vibe codingu
Zacznę od spowiedzi. Nie uważam się za programistę. Nie potrafię klepać kodu i szczerze mówiąc, przez lata omijałem ten temat szerokim łukiem. Po cichu obserwowałem jednak postępy Lovable i czytałem o tym, co potrafią kolejne wersje GPT i Claude’a. Cieszyłem się jako strateg i przedsiębiorca, licząc na to, że firmy technologiczne zatrzeszczą w szwach, a ceny usług programistycznych wreszcie spadną do ludzkich wartości.
Jednak wciąż nie śmiałem dotykać programowania osobiście. Do czasu, aż dostałem wycenę sporządzenia kawałka kodu na potrzeby naszego wewnętrznego projektu Briefit. Małego narzędzia, które miało pomóc w digitalizowaniu procesów discovery.
Usłyszałem, że wykonanie zadania będzie trwało miesiące i kosztowało sto tysięcy złotych. Sto tysięcy. W tym momencie zrobiłem coś, o czym rok wcześniej nawet bym nie pomyślał – postanowiłem usiąść i sprawdzić, czy nie jestem na tyle tępy, żeby ruszyć ten temat samodzielnie.
Wieczór zakończyłem dziesięć godzin później w stanie, który ludzie biorący ketaminę nazywają K-hole. Czas i przestrzeń przestały mieć znaczenie, a ja doświadczyłem absolutu. Mój absolut polegał na tym, że zaprojektowałem, opromptowałem i zobaczyłem działające narzędzie dla konsultantów do odkrywania ukrytych potrzeb w rozmowach z klientem.
Trwało to cztery godziny. Potem przerzuciłem się na Lovable i dostałem podobne rozwiązanie, ale z inaczej zinterpretowaną logiką. Potem nowy czat. I kolejny. Jak już wiadomo, że ogólna metoda działa, to przecież trzeba iść za ciosem i sprawdzić, które narzędzie jest najlepsze. Tokeny zaczęły się kończyć. Dziesięć euro dopłaty. Kolejne dziesięć. Dwadzieścia. Pięćdziesiąt. Rano na mojej karcie widniała suma, której nie powstydziłby się średnio zamożny kokainista z Osiedla Tysiąclecia.
Dotyk Boga za tokeny
Nie powiem nic odkrywczego, jeśli stwierdzę, że vibe coding – sposób tworzenia oprogramowania bez oglądania kodu, przez „ludzką” rozmowę z LLM-em – jest uzależniający. Warto jednak rozebrać ten mechanizm na czynniki pierwsze, bo tkwi w nim konkretne niebezpieczeństwo, którego większość osób (w tym founderów) nie widzi.
Typowa pętla wygląda następująco. Wpadasz na pomysł, wpisujesz prompt, po chwili dostajesz działający efekt. Wpisujesz „popraw to”, dostajesz kolejny. „A dodaj jeszcze to” – i jedziesz dalej. Dla każdego człowieka (a w szczególności dla ADHD-owców mojego pokroju) jest to jak dar od Boga. To, co siedziało mi w głowie miesiącami jako mglisty pomysł, nagle materializuje się na ekranie w ciągu minut. Bez miesięcy czekania na efekty pracy zespołu developerskiego. Bez kompromisów z designerem. Bez tłumaczenia frontendowcowi trzy razy tego samego.
To nie jest coś, co ma rozwiązać twój problem biznesowy, czy jakikolwiek inny. To szybka nagroda dla umysłu. Głupi euforyk, który pompuje dopaminę przez system mikrozwycięstw. Pomysł, prompt, efekt, poprawka, efekt, poprawka. Nagle masz sześć godzin w plecy, a twoje poczucie sprawczości jest tak duże, że za moment byłbyś gotów zdobywać Everest w klapkach. Problem w tym, że po kilku dawkach dopamina przestaje działać równie mocno. To dokładnie ten sam mechanizm, co w przypadku każdego uzależnienia, od hazardu po kokainę. Tylko w nieco bardziej higienicznym opakowaniu.
„To nie jest coś, co ma rozwiązać twój problem. To szybka nagroda dla umysłu. Głupi euforyk, który pompuje dopaminę przez system mikrozwycięstw”.
Kiedy to sobie uświadomiłem, zrobiłem małą ankietę wśród znajomych. Dzwonię do przyjaciela, nazwijmy go Łukasz. Mówi mi on, że nie robi teraz nic innego – postawił sobie własny serwer, na nim czterdziestu trzech agentów AI i właśnie pisze orkiestratora, który ma ich wszystkich spiąć. Gadam ze znajomą, współwłaścicielką agencji UX. Przyznała, że na vibe codingu potrafi spędzić pół dnia. Pokazuję, co wyprodukowałem mojemu wspólnikowi, Kubie Nagórskiemu. Po tygodniu dzwoni do mnie z informacją, że sam zarwał nockę z LLM-em i jest w tym coś wspaniałego.
Życie nauczyło mnie, że jeśli zbyt dużo osób w moim otoczeniu zaczyna potwierdzać mój pogląd lub obsesję, to prawdopodobnie po prostu wszyscy wpadliśmy w tę samą pułapkę. Jak sprawdzić, czy tym razem było podobnie?
Menażeria doktora Frankensteina
Pozwolę sobie postawić jedno pytanie każdemu, kto przytaknął czytając poprzedni akapit. Z ręką na sercu: ile z rzeczy, które sobie ostatnio zakodowaliście, trafiło do realnego użycia? Ile z tych narzędzi pracuje dzisiaj u was w firmie, w zespole, u klienta? Co wdrożyliście w życie, a co zostało w sferze barwnych fantazji?
Obstawiam, że odpowiedź będzie alarmująca.
Gdybyśmy zajrzeli na konta większości vibe coderów, najpewniej trafilibyśmy do pracowni doktora Frankeinsteina. Znaleźlibyśmy tam dziesiątki powykręcanych potworków z przerośniętymi guzami, sześcioma parami oczu i niedokończonymi kończynami. Abortowane chimery technologiczne. Prototypy, które miały nigdy nie ujrzeć wschodu słońca. Jeśli zbieranie takiej menażerii nie jest waszą świadomą ambicją, warto się na chwilę zatrzymać.
Pod każdym z tych projekcików kryje się coś, o czym podczas zabawy z AI nie lubimy myśleć: dług technologiczny. Wszystko, co proste, szybkie i przyjemne, ma swoją cenę. W przypadku używek to rozwalony układ nagrody, zepsute relacje i wizja bolesnego odwyku. W przypadku vibe codingu – wymarzone oprogramowanie, które już po pięciu minutach realnego użytkowania zaczyna się sypać. Pełne bugów i chybionych rozwiązań, które zawodowy programista wyłapałby w testach, a które są tak podstawowe, że najlepiej byłoby kodować wszystko od zera. Ale ponieważ nie jesteśmy specjalistami, tracimy kolejne sześć godzin na wygładzaniu fasady.
„Pod każdym z tych projekcików kryje się dług technologiczny”.
Dodam, że ten dług nie rośnie liniowo. Pierwsze poprawki w projekcie zwykle idą szybko, niemal bezboleśnie. Klikasz, modyfikujesz, gotowe. Dziesiąta zmiana zajmuje już mniej więcej trzy razy więcej czasu niż pierwsza. Dwudziesta nawet dziesięć razy więcej. W pewnym momencie łapiesz się na tym, że więcej godzin poświęcasz na łatanie funkcji, które po poprawkach przestały działać, niż na dodawanie czegokolwiek nowego. Docierasz do ściany. Dalej czeka Cię już tylko walka o utrzymanie status quo, bez szans na rozwój.
Nie naprawiaj objawów. Zacznij od diagnozy
Opanuj swoją dopaminę
Nie piszę tego, żeby zniechęcać do zabawy z vibe codingiem. Sam z niego korzystam i uważam, że founder w branży technologicznej czy digitalowej, który w 2026 roku nie zna się na tym choćby powierzchownie, świadomie traci kontakt z ważną bańką. Pytanie brzmi: gdzie leży granica między narzędziem a rozrywką? Używając jungowskiej metaforyki: gdzie kończy się sprawczość, a gdzie zaczyna „karmienie cienia”?
Mam na to prostą metodę, której używam od lat w pracy strategicznej. Technikę pięciu „dlaczego”. Zanim siądziesz do Claude’a czy Lovable, odpowiedz sobie szczerze:
- po jaką cholerę ja to w ogóle robię?
- Dla kogo to robię?
- Co chcę z tym zrobić, kiedy skończę?
- Jak zamierzam to wdrożyć?
- Ile mnie to kosztuje? Realnie, łącznie z moim własnym czasem i tym, czego w trakcie nie zrobiłem?
Dam konkretny przykład z własnego podwórka. Moje narzędzie dla konsultantów, wspomniane na początku, miało jedno zadanie. Chodziło o to, żeby pokazać działowi sprzedaży logikę procesu, który do tej pory istniał tylko w mojej głowie i w powerpointach. Trzeba było uwzględnić zależności między pytaniami zadawanymi na pierwszym etapie rozmowy a propozycjami na jej końcu; kaskadę decyzji, której nie da się dobrze pokazać w statycznej prezentacji. Handlowcy nie mieli nawet z tego korzystać na co dzień – chciałem żeby doświadczyli mojej logiki w akcji, zrozumieli ją i przełożyli na swój własny proces.
W tej jednej roli vibe coding zadziałał brylantowo. Dał mi formę, której inaczej nie uzyskałbym w rozsądnym czasie, ani budżecie. Mogę więc powiedzieć, że to była decyzja strategiczna, nie dopaminowa.
Kiedy potem chciałem, żeby to samo narzędzie stało się realnym, produkcyjnym systemem, z którego korzystają ludzie na co dzień, zacząłem dostrzegać, jak dużo w nim dziur. Jak pewne rzeczy trzeba zapisywać z boku. Jak logika, która sprawdzała się w sterylnej demonstracji, w codziennym użyciu zaczyna się sypać. Dociągnąłem to do pewnego poziomu i oddałem w ręce profesjonalnego zespołu. To jest ich robota i to oni wiedzą, jak pod spodem nie zostawić długu technologicznego, który wróci do mnie z odsetkami za pół roku.
Jesteś architektem, nie koderem
Jest jedna rzecz, którą vibe coding naprawdę zmienia w głowach founderów, i za to zawsze będę mu wdzięczny. Chodzi o to, co u nas w firmie nazywamy ryzykiem komunikacyjnym. Jest to luka między tym, co ci się wydaje, że powiedziałeś, a tym, co druga strona zrozumiała.
Przez lata, kiedy właściciele firm chcieli zbudować cokolwiek digitalowego, stawali przed murem. Mieli wizję w głowie. Mieli wiedzę biznesową. Nie mieli natomiast w zasięgu designerów, produktowców ani programistów. Trzeba było zaufać łańcuchowi, w którym na każdym ogniwie coś się gubi – ty mówisz produktowcowi, produktowiec mówi designerowi, designer mówi developerom. Taki proces nieuchronnie zmienia się w głuchy telefon, gdzie efekt przypomina karykaturę pierwotnego pomysłu.
Vibe coding ma potencjał żeby tę lukę zredukować niemal do zera. W moim przekonaniu tu tkwi jego realna wartość dla foundera. Może nie zaprogramujesz wszystkiego sam, ale możesz wykonać prototyp, który pokażesz profesjonalnemu zespołowi. Chcę, żeby to działało mniej więcej tak, te bramki logiczne są istotne, te ekrany są potrzebne, a tutaj widzę problem, którego nie umiem jeszcze rozwiązać.
„Vibe coding ma potencjał żeby lukę wynikającą z ryzyka komunikacyjnego zredukować niemal do zera”.
Pięć godzin twojego czasu, kosztujących powiedzmy dwa i pół tysiąca złotych prywatnego budżetu, potrafi zaoszczędzić kilkadziesiąt godzin po stronie firmy wdrożeniowej i dziesiątki tysięcy w samym procesie. W niektórych projektach te liczby są wielokrotnie większe. To już jest konkretna inwestycja. Tyle że żeby to zrobić mądrze, trzeba pamiętać o swojej roli.
Founder jest architektem. Nie jest developerem. Wbrew temu, co szepcze mu do ucha model o drugiej w nocy, nie zastąpi zespołu programistów. Jest tym, który wie, po co narzędzie w ogóle powstaje, dla kogo i jakie problemy biznesowe ma rozwiązać. Reszta to warsztat i w dalszym ciągu robota dla profesjonalistów.
Najtrudniej odmówić samemu sobie
Nie zabiję w sobie fascynacji do vibe codingu. Nie chcę zresztą jej zabijać. Przez ostatni miesiąc zakodowałem sobie całkiem sporo rzeczy, które zakurzone siedziały mi w głowie od lat. Przy okazji zobaczyłem, w których miejscach nasze narzędzia wewnętrzne mają sens, a na które szkoda zachodu. To jest realna wartość, której nie oddam za żadne pieniądze.
Nauczyłem się też szczerze odpowiadać sobie na pytanie „dlaczego”, zanim siądę do pracy. Jeśli odpowiedzi są negatywne, to przynajmniej mam świadomość, że to bardziej rozrywka niż realna praca. I nie ma w tym nic złego. Zawsze to tańsza i mniej szkodliwa alternatywa dla wciągania kresek z deski klozetowej w klubie.
Nie stawiam w ogóle pytania o to, czy używać vibe codingu – w 2026 roku istnieje tylko jedna poprawna odpowiedź. Chodzi o to, czy founder potrafi powiedzieć sobie i swoim ambicjom „nie” o drugiej w nocy, kiedy model właśnie wypluł dziewiątą wersję czegoś, czego i tak nigdy nie wdroży. To jest umiejętność, której nie uczą na MBA, a która mówi więcej o stosunku do prowadzeniu firmy, niż jesteśmy gotowi przyznać Łatwo odmówić klientowi. Łatwo odmówić pracownikowi. Sobie znacznie trudniej, bo argumenty po „obu” stronach stołu są… Twoje.
Pomagamy founderom wracać do pytania „po co”, zanim staną się zakładnikami własnych fantazji. Jeśli czujesz, że ciągle tworzysz, a mimo to Twoje projekty stoją w miejscu – wiesz, gdzie nas znaleźć.